Petition updatePolonia chce normalnych wyborów prezydenckich!!!Wywiad z Szymonem Hołownią
Jan TymowskiBrussels, Belgium
Mar 4, 2025

Szczególnie w nawiązaniu do poprzedniego posta:

"Mentzen w drugiej turze - to za dwa lata rząd PiS i Konfederacji, z tą drugą w roli lidera. Z Braunem jako ministrem edukacji"
 
Arkadiusz Gruszczyński, Bartosz T. Wieliński: Mentzen organizuje kilkadziesiąt wieców miesięcznie. Pan – kilka. A wyborów chyba jednak nie da się wygrać, nie prowadząc kampanii.

Szymon Hołownia, marszałek Sejmu, kandydat Trzeciej Drogi na prezydenta: Jeden do ludzi przemawia, drugi rozmawia. Jeden lubi reżyserowane wiece, drugi kameralne rozmowy z wyborcami. Ja wolę stoczyć sto autentycznych rozmów z prawdziwymi ludźmi niż wygrać Puchar Statystyków za największą liczbę odbytych wieców. Wybory są za dwa i pół miesiąca. Latem 2023 roku Konfederacja miała wyniki takie jak teraz Mentzen. Skończyła w październiku na 7 procentach. Pamiętam, jak wtedy media pompowały to katastroficznymi leadami, wieszcząc Trzeciej Drodze, że nie wejdzie do Sejmu. Również te wybory rozstrzygną się w dwóch ostatnich tygodniach kampanii. Dziś mamy dwóch polaryzacyjnych kandydatów, mających zasoby na to, żeby prowadzić faktyczną kampanię od grudnia. I oni, i Mentzen wiedzą, że utrzymanie stałego zainteresowania przez trzy miesiące jest morderczym zadaniem. I wiedzą to, co wszyscy - że większość zasobów pochłania ostatni miesiąc. A my, ja i mój ruch, nie jesteśmy wielkim dyskontem politycznym, mogącym toczyć przez pół roku atomową wojnę cenową z konkurencją. W poczuciu odpowiedzialności za państwo zdecydowałem się też łączyć kampanię z normalnym wykonywaniem pracy marszałka Sejmu, żeby dać dowód, że poważnie traktuję zobowiązania. Moi konkurenci wybrali inaczej. Taki Mentzen na przykład prawie nie pojawia się w Sejmie. Więc moja kampania ruszyła dwa tygodnie temu, co oznacza – taka jest bezwładność politycznych procesów – że wyniki będą za dwa, trzy tygodnie. Rozumiem, że kogoś może ekscytować to, jak Mentzen leci przez sześć miejscowości dziennie. Ale w każdej spędza może pół godziny. Ja kampanię chcę robić dla ludzi, a nie nad nimi.

Ale po drugiej stronie sceny w trakcie spotkań z Mentzenem jest po 500 osób.

Ale ja wolę dać ludziom czas. Nie wypluć na nich potok wyuczonych fraz i polecieć dalej. Posłuchać pytań, spróbować odpowiedzieć. Zrozumieć, z czym się borykają. To dla nich mam być prezydentem, nie dla siebie. Nie sądzę, że Mentzen utrzyma tę pozycję do wyborów. Sentyment już się odwraca. Ludzie widzą, że jego kampanię oklaskują kremlowskie media. Że jego wizja Polski to darwinizm, kanibalizm społeczny: silniejsi niech zjedzą słabszych. Przyjdzie taki moment, że kobiety przypomną sobie, jak głośno Konfederacja oklaskiwała „wyrok" Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej z 2020 roku. Przyjdzie moment, w którym młodzi fani Mentzena zrozumieją, że antypaństwowe propozycje Konfederacji oznaczają, że to oni będą musieli utrzymywać rodziców na starość.

Fakty są jednak takie, że na 11 tygodni przed wyborami Mentzen ma 16 proc., a pan 4. Co się stało z pańskim poparciem?

Korekta: Mentzen jest gdzieś w przedziale 12-16, ja mam w tej chwili 8 proc. Kampania, którą zaczęliśmy dwa tygodnie temu, doprowadziła do zatrzymania spadków, już teraz notujemy lekkie wzrosty, dziś mogę liczyć na około 1,5 mln wyborców, chcę przekonać jeszcze 2,5 mln. Stanę na głowie, żeby to zrobić. Bo wierzę, że wizja Polski, o której z nimi rozmawiam, jest dobra. Gdybym kierował się sondażami, zostałbym analitykiem sondażowym. Kieruję się wizją Polski, w którą wierzę. Dlatego ubiegam się o urząd prezydenta i chcę wziąć odpowiedzialność za rozwój mojego kraju.

A gdzie pan widzi problemy?

Tylko w wyporności politycznej łódki, jej rozmiarze. Kampania na tym szczeblu to potężna maszyna. Jak mówiłem: dopiero ją rozpędzamy. Cel jest jasny: demokratyczna druga tura. Wejść do niej z Rafałem Trzaskowskim, zmierzyć się na wizje Polski, a nie na liczbę pozbieranych haków, i wygrać.

Jesteśmy ciekawi, jak pan to zrobi.

Ja dopiero zaczynam opowieść o prezydencie, który nie „pałacuje", a jest w stanie realnie włączać się w rozwiązywanie systemowych problemów duszących rozwój PoIski. Uwolnienie przedsiębiorców z kajdan absurdalnych regulacji, posprzątanie „Polskiego Nie-ładu". Podwojenie produkcji zbrojeniowej w kraju w ciągu roku. Twarda rozmowa z bankami, by finansowały  rozwój Polski, a nie spały na pieniądzach, od których nadmiaru dziś się duszą. Patronat nad przyspieszeniem sprawiedliwej transformacji energetycznej, która da wreszcie tani prąd. Przyspieszone gojenie ran po polsko – polskiej wojnie. Budowanie efektywnych sojuszy w Europie i na świecie. I jeszcze raz: naprawdę pamiętam sierpień 2023 r., gdy Donald Tusk i Włodzimierz Czarzasty gorąco namawiali mnie i Kosiniaka-Kamysza do jednej listy, pokazując sondaże, w których mieliśmy 4 proc. To było dwa miesiące przed wyborami. Teraz też kampania jest przed nami, nie za nami.

Jeśli sondaże będą nadal złe tak jak teraz, to wycofa się pan? Tak mówi się w sejmowych kuluarach.

Nie. Nikt też – to od razu dementuję – nie przychodził do mnie z taką propozycją. Nikt nie przychodził z żadną. Odkąd PO i Lewica utrąciły słuszny pomysł PSL na wspólnego kandydata Koalicji, nie było żadnych rozmów o tym, kto startuje, kto nie, kto mógłby zrezygnować.

A jeśliby przyszedł?

To usłyszałby to samo, co panowie. Świata, w którym PO i PiS mogły naprzemiennie wymieniać się Polską, już nie ma. Każdy chyba widzi, że świat, który znaliśmy dwadzieścia lat temu: w geopolityce, w technice, w wiedzy o świecie – nie istnieje. Więc dlaczego w polityce mielibyśmy nadal udawać, że stare narzędzia obsłużą to nowe? Sejm - i mówię to jako jego marszałek - zawsze będzie miejscem politycznej konfrontacji, natomiast przenoszenie jej do Pałacu to tragiczny pomysł. Z tego wyjdzie albo „długopis", albo sabotażysta. Nie możemy mieć prezydenta, którego główną misją będzie walka dla PO albo dla PiS, by pomóc im wygrać w 2027 roku. Prezydent musi być  demokratą prawdziwym, nie malowanym. Tylko taki prezydent zabezpieczy Polsce główne, trwające dłużej niż partyjna kadencja, ścieżki rozwoju.

A w Koalicji 15 Października mówi się, że pański start w tych wyborach jest związany z czymś innym: chce pan ocalić swój projekt polityczny. Bo znacząca przegrana w wyborach może oznaczać koniec Polski 2050.

Powiem wprost: jeśli my mamy być przystawkami, a Platforma chce nas zjeść, to zostanie z silną niestrawnością w następnym Sejmie. Bo nie jest i nie będzie w stanie, tak samo, jak po wyborach 2023 roku, stworzyć rządu. Więc będzie opozycją. Częściowo – jeśli do władzy wróci PiS – płacącą za polityczny kanibalizm w więzieniu. Nigdy nie uwierzę, że komukolwiek z mądrego przecież kierownictwa PO mogłoby zależeć na takim scenariuszu.

Ale co się stanie z Trzecią Drogą, jeśli zdobędzie pan 5 proc.?

A co się stanie z Platformą Obywatelską, jeżeli Rafał Trzaskowski zdobędzie 25 proc.? 

Zadamy to pytanie premierowi Tuskowi.

Więc i ja odpowiem wam wtedy, jeśli zdobędę 5 proc. A na razie porównujmy wizję rozwoju Polski, nie procenty. 

Ludowcy pomagają panu w kampanii?

Tak. Zapraszają na swoje spotkania. Pomagają przy zbiórce podpisów. 

A jeśli chodzi o finanse?

Ta rozmowa jest jeszcze przed nami.

Porozmawiajmy o tym, co się dzieje wokół Polski. Czy powinniśmy się bać wojny?

Prawdopodobieństwo jej wybuchu nie zmieniło się radykalnie od lutego 2022 roku, kiedy Rosja napadła na Ukrainę. W mojej ocenie w Polsce nie jesteśmy w tym momencie narażeni na klasyczny konflikt zbrojny, ale musimy być przygotowani na znaczną intensyfikację działań hybrydowych. Wiemy, że one mogą być bardziej efektywne, jeśli chodzi o destabilizację społeczeństw, niż typowa wojna kinetyczna. Działania hybrydowe mają rozbijać tkankę społeczną, prowadząc do „przejęcia" państwa np. na drodze politycznej, a działania kinetyczne - czyli pełnowymiarowa wojna z frontem, bombardowaniami, podbojem terytorium - jednoczą społeczeństwo. Dlatego często powtarzam, odwołując się do XVIII wieku, że podzielona Polska jest zaproszeniem dla Rosji. Polaryzacja polityczna w połowie XVIII wieku doprowadziła do zmian granic, a finalnie do rozbiorów.

Czego w takim razie należy się spodziewać?

Prowokacji z wykorzystaniem narzędzi cyfrowych, prób manipulacji na masową skalę w socjal mediach. Sabotażu. Presji migracyjnej. Działań, które mogą doprowadzić do częściowego paraliżu państwa i potężnych niepokojów społecznych. W tym momencie widzimy to dokładnie w serwisach społecznościowych, gdzie Rosjanie piszą piękną polszczyzną różnego rodzaju komentarze. I oni to robią inteligentnie: przecież Polacy nie daliby się nabrać na treści otwarcie prorosyjskie. Zachodzą nas więc z innych stron: sianie nienawiści do Ukraińców, podważanie sensu istnienia UE. Rumuni - a wiemy, co się tam ostatnio wydarzyło - opowiadali mi, że konta szykowane do tej finalnej rozgrywki w wyborach prezydenckich Rosjanie „hodowali" u nich nawet od kilku lat. Wzruszający profil dziewczynki, która żyje gdzieś na prowincji i sprawisz jej ogromną przyjemność, dając lajka i dodając do znajomych. Jej znajomi stają się twoimi, rosną zasięgi, widzą to algorytmy, powstaje farma trolli, gotowych do ataku, gdy przyjdzie sygnał z Kremla. Finowie i Estończycy mówili mi, że choć w ich przypadku wyzwaniem jest język, z którym ruskie programy wciąż nie radzą sobie doskonale, mają dodatkowo barierę w postaci mediów publicznych. Każda podejrzana wiadomość, o jakimś zamieszaniu, ataku, może być natychmiast sprawdzona na stronie tych mediów, bo ufa jej 80 proc. społeczeństwa. Pandemia nie nauczyła nas niestety w Polsce, że media publiczne powinny być elementem systemu bezpieczeństwa państwa, a nie partyjnym szwedzkim stołem. Obyśmy odrobili jeszcze tę lekcję.

My mamy alerty RCB

One służą czemuś innemu. Są od zarządzania skutkami, ja mówię o narzędziach do unikania przyczyn. Według takich założeń działa np. fińska obrona cywilna. Ona udowadnia, jak bardzo potrzebny w państwie jest ktoś, kto, gdy polityk ma pomysł, najpierw sprawdza, czy ten pomysł dodaje coś dobrego do tego, co już zbudowano, czy nie. Tam tę funkcję pełni wspomniana służba cywilna, u nas powinien to być prezydent. Mamy mnóstwo do zrobienia na wielu piętrach, również na moim. Według Konstytucji marszałek jest drugą osobą w państwie. Przed premierem. Dlatego, że Sejm powołuje rząd, ale również dlatego, że – gdyby nie daj Boże coś – przejmuje obowiązki prezydenta. Żyjemy w państwie, któremu wydarzył się Smoleńsk. Którego sąsiad został zaatakowany przez innego naszego sąsiada. I co? I to, że ja przez półtora roku na stanowisku nie zdołałem ustalić, od kogo odbiorę – niech się to nigdy nie stanie – autoryzowaną wiadomość o śmierci prezydenta. A jeśli, załóżmy, prezydent pojedzie na Ukrainę i utracimy z nim kontakt? A na naszej granicy Łukaszenka zacznie robić piekło? Trybunał Konstytucyjny w obecnym składzie orzeknie, że prezydent czasowo nie pełni obowiązków, czy nie orzeknie, bo przecież ja jestem ich wrogiem, oskarżanym o „zamach stanu"? Ostatnio, przypadkiem, przy okazji innej rozmowy, dowiedziałem się, że wojsko ma przygotowany jakiś awaryjny scenariusz na ewentualność przejęcia przez marszałka Sejmu zwierzchnictwa sił zbrojnych. Ale ani ja, ani marszałek Senatu nie mamy u siebie zapasowych stanowisk dowodzenia, te w obecnych regulacjach zapewniać ma nam chyba MSWiA, nie MON. Nie mamy adiutanta wojskowego, nie od parady, ale od tego, żebyśmy mieli stan wiedzy taki, jak prezydent, aby w razie czego od razu przejąć obowiązki. Łukaszenka będzie czekał, aż się poogarniamy? Serio? Biuro Bezpieczeństwa Narodowego przysłało do Sejmu prezydencki projekt regulujący te kwestie. Niestety, od wielu miesięcy leży w komisji, bo koalicjanci nie mogą się co do niego dogadać. Tak, trzeba go poprawić, ale trzeba też zapewnić ciągłość władzy w państwie na przestrzeni minut, nie dni. Nie ma znaczenia, kto jest marszałkiem, kto prezydentem, system ma działać. A Rosja ma widzieć, że on jest i że jak coś – to zadziała.

Kontekstem tych zmian i naszej rozmowy jest wojna w Ukrainie i plany Donalda Trumpa, który prowadzi rozmowy pokojowe bez udziału Kijowa. Polska dyplomacja robi wszystko, co powinna?

Tak. Mamy bardzo dobrego ministra spraw zagranicznych. Prezydent USA wydaje się nie mieć w głowie rozpisanego na takty planu pokojowego, wydaje się reagować wynikowo, na bieżąco, wykorzystując przewagę płynącą z nieprzewidywalności. Przyznam, że nie zawsze ta tajemniczość daje mi pewność skrywania rozsądku, bo to, co stało się w Białym Domu podczas ostatniej rozmowy Zełenskiego z Trumpem, jest niestety prezentem dla Rosji i Chin. W sprawie rozmów nasze stanowisko jest jasne: nic o nich bez nich, tak jak nic o nas bez nas. Jak dziś zgodzimy się na to, że ktoś będzie układał Ukrainę bez pytania Ukraińców, Putin nauczy się, że można próbować układać Polskę bez udziału Polaków. To dla mnie niepojęte, że w debacie publicznej w Polsce pojawiają się głosy polityków powtarzających to, co Putin mówi od trzech lat: że Zełenski jest słaby, że czas na wybory. Czy oni wiedzą, że mówią Putinem?

Była marszałek Sejmu Elżbieta Witek, mówi Putinem?

Jeśli tak mówi, to tak – mówi Putinem. I nie rozumiem dlaczego. Przykro mi z tego powodu, bo ją, jako poprzedniczkę, szanuję. Słyszałem te głosy od innych, i uważam je za dość żałosny w sumie bieda-trumpizm. Trump mówi: „Zełenski jest dyktatorem". Tłum zakochanych w nim akolitów z PiS karnie powtarza: „Zełenski jest dyktatorem". Dwa dni później Trump mówi: „Zełenski dyktatorem?! Kto to powiedział? Ja?! To niemożliwe!". I nasi PiS-owscy geopolitycy zostają z tym sobie jak Himilisbach z angielskim.

Powtarzają po nim, bo to im się opłaca.

No właśnie chyba nie, bo tego oryginału nie da się skopiować, jest do tego stopnia – ujmijmy to tak – oryginalny. Z sytuacją na Ukrainie trzeba dziś obchodzić się bardzo poważnie, bardzo rozważnie. Odpuścić partyjną młóckę. Ważyć słowa, bo one mogą kosztować ludzkie życie. Na Ukrainie może teraz wydarzyć się dokładnie wszystko. Może być z grubsza tak, jak jest. Może być jakiś rozejm i wtedy pytanie: czy wszyscy się mu podporządkują, czy jakaś - a ja zakładam, że znaczna - część armii nie uzna, że nie ma zgody, i trzeba dalej walczyć. Zełenski może ustąpić, wtedy zacznie się niekontrolowana gra o władzę. Moskwa może próbować zainstalować w Kijowie marionetkowy rząd. Scenariusze od drugiego do czwartego mogą wystąpić rozłącznie lub łącznie. Prawdopodobieństwo każdego co tydzień jest inne. Polska powinna w tej sytuacji twardo stać przy swojej racji stanu, a naszą racją stanu jest wolna, integralna terytorialnie Ukraina. I jej droga do Europy, jasna, czytelna, i rozpisana na konkretne etapy. Dlaczego? Bo to jest sytuacja w pewnym sensie analogiczna do tej na Zachodnich Bałkanach: jak nie wejdą do Unii, to wejdzie tam ze swoimi wpływami Rosja. My mamy dziś 210 kilometrów granicy lądowej z Rosją, 418 kilometrów – z kolonią Rosji, Białorusią. Musimy zrobić wszystko, żeby 535 kilometrów granicy z Ukrainą też nie było granicą z Rosją. Naprawdę trzeba dziś komuś w Polsce tłumaczyć, jak to jest ważne dla bezpieczeństwa Rzeszowa czy mojego rodzinnego Białegostoku?

Powinniśmy wysłać do Ukrainy siły pokojowe i polskich żołnierzy? 

Nie. Siły pokojowe, jak sama nazwa wskazuje, pojawiają się w chwili podpisania jakichś zasad pokoju, siły rozjemcze – rozejmu. A w tym momencie nie wiemy nawet, na jakich warunkach zostanie zawarty rozejm. Nie ma więc czego stabilizować. Toczona teraz w Europie gorąca dyskusja o wysyłaniu naszych wojsk na wschód jest w mojej ocenie w znacznej mierze fasadowa. Ci, którzy cisną na wysyłanie żołnierzy, sami nie są chyba do tego gotowi. No i niech najpierw powiedzą, dlaczego nie zgadzają się na krok, po którym żadnych żołnierzy nie trzeba będzie wysyłać. Setki miliardów euro znaczonych krwią rosyjskich pieniędzy leżą dziś na europejskich kontach. Zełenski prosi o 10 procent tego. I pół roku. Zabezpieczy sobie za to całą granicę z Rosją, zbuduje lepszą pozycję negocjacyjną, skoro USA zachowują się tak, jak się zachowują. To jest pierwszy krok. A my się spieramy o trzeci. Bo Europa się boi odważnych decyzji. Putin to widzi. I mówi: dyskutujcie sobie dalej.

Z drugiej strony, pomijając już katastrofę wizerunkową - jeśli Polska odmówi wysłania kontyngentu wojskowego, pozbawi się możliwości wpływu na sytuację w Ukrainie.

Jak Paryż i Londyn pokażą gotowych do wyjazdu żołnierzy, wtedy porozmawiamy.   

Przecież mówią o wysłaniu tysięcy żołnierzy.

Powtórzę: co mieliby zabezpieczać? Jaki mieliby mandat? Kto gwarantowałby im bezpieczeństwo? Jakie mieliby „rules of engagement", zasady użycia broni? Atak na nich będzie uruchamiał artykuł piąty NATO czy nie? Polska zamiast wikłania się w tę dyskusję powinna stać się rzeczniczką jeszcze bardziej masywnego dozbrajania Ukrainy. I radykalnego odbudowania zdolności obronnych i produkcji sprzętu wojskowego w Europie.

W kampanii wyborczej pojawia się sporo wątków antyukraińskich. Mentzen gra tymi nastrojami od wielu miesięcy, Karol Nawrocki nie widzi obecnie Ukrainy w strukturach NATO, a Rafał Trzaskowski chce uzależnić wypłatę 800+ tylko tym ukraińskim dzieciom, których rodzice płacą u nas podatki. Sztaby twierdzą, że Polacy stali się niechętni Ukraińcom. Pan przyłączy się do tego chóru?

Nie. Wyborcy zasługują na uczciwość. Kampania, nie kampania, trzeba trwać przy swoich wartościach. Przy czym wspomniane obawy są dla mnie czymś zrozumiałym, zwłaszcza po tak długim czasie. Każde społeczeństwo, każda wspólnota ma przecież swoją pojemność adaptacyjną. Ta wojna trwa już trzy lata, setki tysięcy Ukraińców zamieszkało w tym czasie u nas, dużo dla nich zrobiliśmy. Ludzie w Polsce mają niekiedy poczucie, że im samym nie żyje się lepiej. I te głosy trzeba uszanować. A jednocześnie przypominać twarde dane. Według raportu firmy Deloitte Ukraińcy dokładają dzisiaj do polskiego budżetu około 15 mld zł rocznie, a 800+ dla ukraińskich dzieci kosztuje nas 2,8 mld. Od czerwca zacznie obowiązywać ustawa, która uzależnia wypłatę 800+ od realizowania w Polsce obowiązku szkolnego. Tak więc ten koszt jeszcze się zmniejszy.

Ale ludzie i tak będą widzieli wszędzie te mityczne bentleye i Ukraińców w kawiarniach. Jak państwo powinno reagować na takie konkretne nastroje?

Nie ścigać się z Konfederacją na radykalizm. I nie zakładać, że polityk to szafa grająca. Polityk nie tylko ma mówić ludziom to, co chcą usłyszeć, ale również to, co po prostu trzeba uczciwie powiedzieć. I dlatego nie dołączę do konkursu z radykalną prawicą na antyukraińskość, bo tak mi wyszło z badań. I Rafał, i ja płakaliśmy nad ukraińskimi dziećmi na Dworcu Zachodnim, kiedy do nas przyjeżdżały w pierwszych dniach i tygodniach inwazji z ogarniętej wojną Ukrainy. Wtedy żaden z nas nie pytał o status ich matek. Te, które są chore i samotnie wychowują dzieci, często nie mogą z tego powodu podjąć pracy, mamy dziś odebrać im 800+ jeszcze na domiar złego? Nie ze mną. Nie podniosę ręki za rozwiązaniem zaproponowanym przez Rafała Trzaskowskiego.

A czy opowiada się pan za deportacją cudzoziemców, którzy popełnili w Polsce przestępstwo?

Za bezwzględną, szybką deportacją.  

Ostatnio był pan w Słowacji i na Węgrzech, spotkał się pan z opozycją i przedstawicielami organizacji pozarządowych. Jak rozumiemy, wymieniał się pan tam doświadczeniami odsunięcia autokratów od władzy?

Rozmawialiśmy o tym, że autokraci nie spadają z nieba. Rosną wtedy, gdy demokraci przestają słuchać ludzi, gdy nie realizują obietnic, gdy toczą bezsensowne spory nad ich głowami. To, że w Polsce rośnie w sondażach Konfederacja, czyli partia siostra postfaszystowskiej, prorosyjskiej AfD, to element procesu toczącego dziś całą Europę. Ale my, w przeciwieństwie do naszych sąsiadów, możemy go jeszcze za dwa miesiące powstrzymać. Bo Mentzen prezydentem nie zostanie. Ale Mentzen w drugiej turze - to za dwa lata rząd PiS i Konfederacji, z tą drugą w roli lidera. Na ministra edukacji może wezmą w nim swojego kolegę Brauna – nie umieli go wyrzucić po akcji z gaśnicą, wyrzucili dopiero, jak wszedł im na ambicję, kandydując na prezydenta, więc zakładam, że ideologicznie nadal są w tym samym miejscu. Wszyscy w regionie, w którym załamał się faktycznie Trójkąt Weimarski, nie działa Grupa Wyszehradzka, a Polska przesunęła się na Północ, patrzą na nas z nadzieją. Wierzą, że powstrzymamy proces radykalizacji naszej części Europy. Już raz zapoczątkowaliśmy falę demokratycznych przemian w Europie Środkowo-Wschodniej. Umiemy to robić. 

Pięć lat temu też pan kandydował na prezydenta. Widać różnice?

Oczywiście. Wtedy był covid. I najdziwniejsze, dwa razy robione - bo przecież najpierw miały być absurdalne, robione na chybcika zdalne "kopertowe" - wybory. W pewnym momencie tamtej kampanii miałem ogromne szanse wejść do drugiej tury i wygrać. Tak pokazywały badania. Ale nagle wydarzył się cud: Jarosław Kaczyński zmienił reguły gry, przesunął termin wyborów i tę okazję wykorzystała PO, wystawiając Trzaskowskiego - który pomimo euforii swojej partii przegrał. Podobnie jak jego poprzednik z PO, Bronisław Komorowski. Wtedy zrozumiałem, jak silną mamy w Polsce polaryzację. Jak bardzo jest ona szkodliwa. Dziś widać, że te czasy mijają, polaryzacja jest reliktem przeszłości.

Słucham? Przecież nadal po obu stronach – demokratycznej również –  w przestrzeni publicznej zwykli obywatele „ultrasi" obrzucają się obelgami, odsądzają „tamtych" od czci i wiary. A przede wszystkim nadal warunki dyktują dwie partie.

Nie. Po 2023 roku KO musiała stworzyć rząd koalicyjny. PiS już nigdy nie będzie mógł rządzić samodzielnie. Scena się zmienia. Wolniej, niż dla rozwoju Polski trzeba, ale się zmienia.

I dlatego pan kandyduje?

Kandyduję, bo Polska na tym dziejowym zakręcie, musi mieć prezydenta, który będzie zajmował się pilnowaniem bezpieczeństwa i rozwoju, a nie szpachlowaniem swojej partii przed kolejnymi wyborami do Sejmu. Rząd tej koalicji przez dwie kadencje. I prezydent, który nie jest ani podwładnym premiera, ani prezesa. Tylko to nas na ten czas zabezpieczy od ekstremistów.

Mówi się, że może pan zrezygnować z wyborów, jeśli otrzyma pan obietnicę pozostania na fotelu marszałka Sejmu do końca kadencji.

Mówi się zatem nieprawdę. Z udziału w wyborach nie zrezygnuję, a z umowy koalicyjnej się wywiążę.

Jeśli jednak pan nie wygra, to na kogo przekaże swoje głosy w drugiej turze wyborów? 

Poprę tego, kto dzielił będzie ze mną podstawowe wartości. Ale teraz zrobię wszystko, co mogę i umiem, żeby Polska w drugiej turze nie musiała znów zaliczać powrotu do przeszłości, tylko poszła mocno do przodu, po pozycję lokalnego mocarstwa, po swoje. To nie są już czasy na kolejne, tylko nowsze, partyjne „długopisy", dziś od prezydenta trzeba wymagać odwagi i niezależności.

Źródło tekstu i zdjęcia: https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,31734092,holownia-nie-chce-byc-ani-dlugopisem-ani-sabotazysta.html

Copy link
WhatsApp
Facebook
Nextdoor
Email
X