
Kluczowe dla przyszłości Polski będą nadchodzące wybory prezydenckie. Najpierw te w USA, potem już te u nas. A sprawiedliwość musi trochę poczekać na prawo.
Sejm odbywa już ostatnią sesję i udaje się na sześciotygodniowe wakacje, więc w roli dostarczyciela igrzysk będzie nam na razie musiała wystarczyć olimpiada. I coraz bardziej niezwykła kampania wyborcza w USA.
W kraju końcówka politycznego sezonu niewątpliwie należała do posła Marcina Romanowskiego. Ten bliżej nieznany polityk, przez lata wierny wykonawca poleceń Zbigniewa Ziobry, nagle urósł do roli bohatera i męczennika prawicy. Wszystko za sprawą uznanego przez sąd immunitetu, który pozwolił mu triumfalnie opuścić areszt śledczy. Ów immunitet przyznało mu, słabo znane w Polsce, Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy, dość luźnej organizacji, w typie ONZ, niemającej nic wspólnego z Radą Europejską Unii (vide https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/2264515,1,czym-zajmuje-sie-rada-europy.read). Zagraniczny immunitet Romanowskiego jako zastępcy członka ZPRE zdaniem prokuratury oraz licznych prawniczych autorytetów, ale też na tzw. zdrowy rozum, jest dęty. Pomysł, że udział w parodniowych sesjach ZPRE daje politykowi całoroczną ochronę przed odpowiedzialnością za popełnione w kraju przestępstwa, wydaje się kuriozalny. Przypomnijmy, że byłemu wiceministrowi, nadzorującemu w swoim czasie Fundusz Sprawiedliwości, prokuratura postawiła 11 zarzutów, w tym o wyrządzenie szkody w mieniu publicznym na 111 mln zł i udział w zorganizowanej grupie przestępczej, która działała w Ministerstwie Sprawiedliwości (!) Zbigniewa Ziobry. Dowody są w 500 tomach akt, raportach NIK, licznych materiałach dziennikarskich, ale także w kompromitujących Romanowskiego nagraniach dokonanych potajemnie przez byłego pracownika FS Tomasza Mraza.
W tej sprawie, tak jak we wszystkich dotyczących nadużyć popełnianych przez poprzednią władzę, PiS przyjął taktykę „krzyków i trików”. Od czasu „więźniów politycznych” Kamińskiego i Wąsika partia i pisowskie media intensywnie promują opowieść o „reżimie Tuska i koalicji 13 grudnia” brutalnie rozprawiającymi się z demokratyczną opozycją. Politycy, wobec których toczą się dochodzenia (a to długa lista), są więc ofiarami „ścigania opozycji”, „medialnego linczu”; prokuratorzy prowadzący śledztwa to „bodnarowcy” (skojarzenie z banderowcami samo się narzuca); w Polsce obowiązują standardy białoruskie; wobec zatrzymanych władza stosuje tortury, zamierza też tworzyć „obozy dla opozycji”, za co „Tusk pójdzie na wiele lat do więzienia”. Syntezę tej narracji dał ostatnio europoseł Patryk Jaki, mówiąc: „Polską rządzą dziś bandyci, którzy na polecenie Niemców niszczą państwo”. Zamysł jest prościutki: politycy Zjednoczonej Prawicy, już albo potencjalnie oskarżeni w sprawach o korupcję, sprzeniewierzenie publicznych pieniędzy, niegospodarność, przestępstwa urzędnicze, sami mają występować w roli oskarżycieli, podważać – jeszcze niewydane – wyroki jako polityczny odwet.
Czasu na takie gry jest sporo, bo na same wyroki będziemy pewnie czekać długo; według dzisiejszych procedur może nawet lata. W Polsce bez trudu daje się opóźniać każde postępowanie, a co dopiero te bardziej skomplikowane, wymagające przesłuchania wielu świadków, zasięgania opinii biegłych. Prawnicy i politycy PiS będą więc, czemu trudno się dziwić, stosować wszelkie triki, aby śledztwa i procesy zamulać. Już były tu zdarzenia pomysłowe i nawet zabawne, jak odmowa Jarosława Kaczyńskiego złożenia ślubowania przed komisją śledczą, ukrywanie się Daniela Obajtka na Węgrzech i jego pozorowane wypady do kraju czy sięganie po azyl w Pałacu Prezydenckim panów Kamińskiego i Wąsika. Ale zwykle to są mało oryginalne, lecz powszechnie praktykowane, niestawiennictwa i nieodbiory. Ostatnio np. poseł Michał Woś, któremu Sejm uchylił immunitet w aferze Pegasusa, wyjaśniał, że nie stawił się w prokuraturze, bo „nie został skutecznie powiadomiony”, gdyż nie odebrał wysłanego mu i pocztą, i mailem powiadomienia. Poseł Romanowski też twierdzi, że zarzuty, które usłyszał, „nie zostały mu skutecznie postawione” z powodu immunitetu, więc jakby ich nie było. W tych sprawach należy się spodziewać (już to się dzieje) lawiny wniosków formalnych (choćby o wyłączenie danego prokuratora czy sędziego) i skarg. Ponieważ w reakcji na każde „wystąpienie strony” włączają się odpowiednie procedury, z polskim wymiarem sprawiedliwości można się bawić niemal w nieskończoność. Trzeba dużej stanowczości sędziów i determinacji prokuratury, aby skutecznie pchać sprawę w stronę wyroku. A na to nie bardzo można liczyć.
Prokuratura, po 8 latach dewastacji przez Ziobrę, dopiero odbudowuje się kadrowo i etycznie. W sądach trwa konflikt (opisywany przez Ewę Siedlecką) między sędziami i neosędziami, z trudem zmieniani są prezesi, na stanowiskach są wakaty, dodatkowy chaos wnoszą opanowane przez nominatów PiS izby Sądu Najwyższego, nie wspominając już o Trybunale Julii Przyłębskiej. Z kolei każde podejrzenie – jak w sprawie Romanowskiego – że Ministerstwo Sprawiedliwości ponagla lub instruuje prokuraturę, od razu wywołuje protesty, że nowa władza „chce działać jak PiS”. Po drobnym – i w gruncie rzeczy nieoczywistym – potknięciu w sprawie drugiego immunitetu posła Romanowskiego padło wiele głosów żądających dymisji w prokuraturze, a nawet ustąpienia samego Adama Bodnara. Takie żądanie nie dziwi w przypadku polityków PiS, dla których Bodnar stał się wrogiem nr 2, tuż po Tusku, ale już politycy koalicji powinni się tu miarkować. Widać, że rozliczenia z PiS tkwią w klinczu między prawem i sprawiedliwością. Wyborcy 15 października, a już na pewno ci, którzy byli w twardej aktywnej opozycji wobec PiS, chcieliby szybkiego i spektakularnego ukarania nadużyć tamtej władzy (to im zresztą obiecywano) – ale zgodnie z prawem i ze stanem polskiego sądownictwa tego się nie da zrobić szybko. Na pewno nie przed wyborami prezydenckimi.
Rzecz nawet nie w tym, że Andrzej Duda zapewne ułaskawiłby każdego skazanego polityka PiS, chodzi przede wszystkim o zablokowaną dziś wetem możliwość ustawowych zmian w wymiarze sprawiedliwości (KRS, SN, TK, sądy powszechne, prokuratura), bez czego nie da się przywrócić w Polsce pełni praworządności. Chodzi także o usprawnienia i rewizje dziesiątek procedur, w tym np. tych dotyczących aresztów śledczych, czy – bez potrzeby i dla wyborczego poklasku – zaostrzonych przez Ziobrę warunków przetrzymywania i traktowania osadzonych, co PiS dziś nazywa torturami. Do czasu odejścia z urzędu Andrzeja Dudy (który dziś występuje w przedziwnej, zdublowanej postaci Dudo-Mastalerka) będziemy mieć w Polsce ustrojowe prowizorium, z większościowym rządem, a właściwie półrządem, czasowo pozbawionym możliwości stanowienia prawa. To pokazuje tylko, jak ważne, wręcz kluczowe dla przyszłości Polski, będą nadchodzące wybory prezydenckie. Najpierw te tam, czyli w USA, potem już te u nas. A sprawiedliwość musi trochę poczekać na prawo.
Źródło tekstu: https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/2264511,1,miedzy-prawem-i-sprawiedliwoscia