Petition updatePolonia chce normalnych wyborów prezydenckich!!!Ostatni dzień z Adrianem
Jan TymowskiBrussels, Belgium
Aug 5, 2025

Komentarz Tomasza Nałęcza:

Andrzej Duda, czyli królik na tronie. Żegnamy prezydenta, który nigdy nie dorósł do tej funkcji.

Bilans Andrzeja Dudy nie pozostawia wątpliwości, że eksperyment polegający na uczynieniu głową państwa polityka małego kalibru okazał się niewypałem. Andrzej Duda nie sprawdził się jako prezydent. Jedynie jako mem.

W 2015 r. wydawało się, że z walczącym o prezydencką reelekcję Bronisławem Komorowskim ponownie zmierzy się Jarosław Kaczyński. Sondaże nie dawały mu jednak żadnej szansy na wygraną, więc by oszczędzić sobie klęski, jak cyrkowy magik wyciągnął z kapelusza królika w postaci drugoplanowego działacza Andrzeja Dudy. Na tyle nieznanego, że mylonego z Piotrem Dudą, liderem Solidarności.

Ku ogólnemu zaskoczeniu nominat Kaczyńskiego przeprowadził sprawną kampanię i pokonał rywala, o którym wszyscy mówili, że wygraną ma w kieszeni. Dało to początek ciekawemu eksperymentowi, bo po raz pierwszy najwyższy urząd objął człowiek dopiero uczący się polityki, niemający cech lidera ani własnego zaplecza, za to bardzo uzależniony od apodyktycznego patrona.

Gdyby Duda był osobowością o mocnym charakterze, to wybiłby się na prezydencką suwerenność. Historia zna przecież wiele przypadków, kiedy ludzie nieoczekiwanie wyniesieni do roli przywódczej dorastali do wysokości zadania. On też mógł wykorzystać uśmiech losu. Miał mocną legitymizację w postaci wyborczego poparcia większości społeczeństwa i sprawował urząd o dużych kompetencjach, z którego był praktycznie nieusuwalny. Co więcej, nie musiał sprawdzać się w trudnych warunkach koabitacji, czyli konfrontować z rządem politycznych przeciwników. Także dzięki jego sukcesowi Prawo i Sprawiedliwość zdobyło wkrótce bezwzględną większość w parlamencie i przejęło władzę, jak się okazało, aż na osiem lat.

Dudzie zabrakło jednak kluczowego atutu. Nie miał tej „boskiej cząstki”, która z polityka czyni postać prezydenckiego formatu. Nie potrafił przeobrazić się z działacza partyjnego w męża stanu myślącego kategoriami całego państwa.

Tej niełatwej sztuki dokonali wszyscy jego poprzednicy. Najłatwiej Wałęsa, który już w zrywie Solidarności wyrósł na narodowego przywódcę. Udało się to też Kwaśniewskiemu i zaowocowało „szorstką przyjaźnią” z lewicowym premierem Millerem. Nawet Lech Kaczyński, mocno spojony z bratem więzią bliźniaczą, potrafił się z nim różnić jako liderem PiS. Inny był ich stosunek do integracji europejskiej, lustracji, rozdziału państwa i Kościoła, w tym politycznego awanturnictwa ks. Rydzyka. Także Komorowski potrafił zachować odmienne zdanie niż Tusk i PO.

Duda nie poszedł tym śladem, choć podkreślał, że wzorem jest dla niego Lech Kaczyński. Była to jednak deklaracja bez pokrycia, jak wiele jego górnolotnych oświadczeń, które tak lubił pompatycznie wygłaszać. Przez długie 10 lat pozostał bezwolnym narzędziem w rękach lidera PiS.

To, że królik nawet osadzony na tronie dochowa posłuszeństwa, Kaczyński sprawdził metodą mafii, dokonując egzekucji na Marcinie Mastalerku, zasłużonym sztabowcu Dudy. Za lekceważący żart, o którym szybko prezesowi doniesiono, ten nie tylko nie dopuścił Mastalerka do Kancelarii Prezydenta, ale i pozbawił posłowania, wykreślając z list wyborczych. Widząc zepchnięcie druha w otchłań upadku, Duda nie kiwnął palcem – i o to właśnie Kaczyńskiemu chodziło.

Duda jak wasal

Wcześniej prezydenci RP stawali na baczność tylko przed narodową flagą. Duda zachowywał się jak wasal. Świadczył o tym hołd lenny, jaki na oczach całej Polski złożył Kaczyńskiemu niczym średniowiecznemu seniorowi w listopadzie 2015 r. przy okazji nominacji Beaty Szydło na premiera. „Z całą pewnością jest pan wielkim politykiem – kadził prezesowi PiS – z całą pewnością jest pan wielkim strategiem, ale ja muszę dodać jeszcze jedno, jest pan wielkim człowiekiem”.

Za tę czołobitność Kaczyński odpłacał lekceważeniem. Nie fatygował się jak inni politycy do prezydenta, tylko wzywał go do siebie, do domu albo do siedziby partii. Publicznie nie podawał mu ręki, a kiedy Duda wymuszał taki gest, nie patrzył w jego stronę. Konsekwentnie tresował swojego królika, ale nie tylko o to chodziło. Dobrze znał format Dudy i podobno za świętokradztwo uważał pełnienie przez niego urzędu ukochanego brata.

Wystarczyło dwa lata takich praktyk, by aż dwie trzecie ankietowanych postrzegało prezydenturę jako niesamodzielną. Dobrze odzwierciedlała to przekonanie kabaretowa satyra. Rekordy popularności biło „Ucho prezesa”, w którym Duda był fajtłapą i popychadłem. Ciągle czekał w przedpokoju lidera PiS, bez szansy na dostanie się do środka. Pomiatała nim sekretarka, myląc jego imię i nazywając Adrianem. Zaczęto go tak określać nawet w debacie publicznej, a nadgorliwi policjanci rekwirowali transparenty szydzące z Adriana jako obrażające głowę państwa.

Można by nad tym spuścić kurtynę miłosierdzia, gdyby nie fakt, że był to tylko jeden z objawów bezprecedensowego skarlenia najwyższego urzędu. Zwłaszcza że kolejne dotyczyły już nie prestiżu, ale sedna prezydenckiej misji, czyli wypełniania konstytucyjnych uprawnień i obowiązków głowy państwa.

Najważniejszą powinnością prezydenta jest stanie na straży konstytucji. Pilnuje, by nie naruszały jej ustawy uchwalane przez parlament. Służy mu do tego specjalne narzędzie, bo mogą one wejść w życie dopiero po uzyskaniu jego podpisu. Jeżeli uważa, że kolidują z konstytucją, odmawia akceptacji i kieruje przepisy do Trybunału Konstytucyjnego.

Nasza konstytucja kopiuje tu rozwiązanie, które od 1945 r. stosuje cała demokratyczna Europa, boleśnie doświadczona w latach 30. XX w., kiedy autorytarne dyktatury zawłaszczały kolejne państwa za pomocą ustaw łamiących konstytucję. Właśnie tej starej sztuczki autokratów sprzed kilkudziesięciu lat chciał po 2015 r. użyć Kaczyński w celu zaprowadzenia własnych rządów. Miał bowiem w Sejmie i Senacie większość wystarczającą do uchwalania ustaw, ale o wiele za małą do przeprowadzenia konstytucyjnej zmiany ustroju.

Warunkiem wdrożenia tego planu było sparaliżowanie prawidłowo działającego Trybunału Konstytucyjnego. Można to było zrobić, tylko mając prezydenta za wspólnika. Duda odegrał tę kompromitującą rolę z ochotą, łamiąc konstytucję i odmawiając zaprzysiężenia trzech sędziów trybunału, poprawnie wybranych przez stary Sejm. Co więcej, w środku nocy odebrał przysięgę od trzech tzw. sędziów-dublerów, nielegalnie wybranych przez pisowską większość na obsadzone już stanowiska.

Po tym nadwerężeniu kręgosłupa trybunałowi w kolejnych latach PiS zadawał mu następne ciosy, czyniące z tego ważnego organu ustrojową wydmuszkę. Prezydent firmował to bezprawie, lekceważąc nie tylko ekspertyzy wybitnych konstytucjonalistów, ale i wiążące Polskę orzeczenia europejskich trybunałów.

Można by napisać grubą księgę

Do opamiętania nie skłoniła go nawet negatywna ocena jego uniwersyteckiego mistrza Jana Zimmermanna, którego wcześniej przywoływał jako wielki naukowy i życiowy autorytet. „Z roku na rok moja krytyka wobec prezydenta narastała – mówił profesor w 2024 r. – bo ciągle widziałem, że łamie konstytucję, i ciągle widziałem jego kroki, które nie przystawały do doktora prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego”.

Nie chodziło tylko o zdemolowanie trybunału. Konstytucję naruszał cały łańcuch ustaw, którego pierwszymi ogniwami były nowe przepisy o prokuraturze, inwigilacji, służbie cywilnej, mediach publicznych i obrocie ziemią. Prezydent wszystko momentalnie podpisywał. Jak kpił popularny żart, tak nawykł do akceptacji tego, co podsunie Kaczyński, że autograf złożył nawet na kocie prezesa podanym do pogłaskania.

Szczególnie szkodliwe były nowe ustawy dotyczące sądownictwa. Podważały fundament demokracji, godząc w trójpodział władzy, niezależność sądów i niezawisłość sędziów, czyli bezpieczniki gwarantujące obywatelom uczciwy i bezstronny wymiar sprawiedliwości. Duda wprawdzie zawetował te zmiany, ale tylko po to, aby przekonać Kaczyńskiego, że winien uzależnić wymiar sprawiedliwości od niego, a nie od ministra Zbigniewa Ziobry.

Kaczyński, który Ziobrze nie ufał, przystał na to i aż do 2025 r. Duda pilnował niszczenia sądownictwa z gorliwością godną lepszej sprawy. Szczególną niechęcią darzył sędziów broniących konstytucyjnych reguł, przez osiem lat łamanych przez niego i PiS. Nawet żegnając się z urzędem, napadł na nich z niebywałą furią i nienawiścią. Zagroził, że jeśli to grono „nie opamięta się i nie zrobi samo resetu, to skończy się na tym, że trzeba będzie wszystkich tych ludzi wyrzucić ze stanu sędziowskiego bez prawa do stanu spoczynku”. Jakby tego było mało, palnął: „w Polsce jest tyle zdrady i warcholstwa bezczelnego, ponieważ dawno nikogo za zdradę nie powieszono”.

Tym wybrykiem obnażającym brak poczucia przyzwoitości raz jeszcze pokazał, że w roli wykonawcy poleceń Kaczyńskiego nie potrafił zachować nawet pozorów powagi należnej głowie państwa. Choćby takiej, o jaką dawniej dbał Ignacy Mościcki, też sprowadzony przez Piłsudskiego do wymiaru prezydenckiej marionetki.

O przypadkach, kiedy Duda sprzeniewierzył się roli strażnika konstytucji, można by napisać grubą księgę. Każdy z tych ekscesów był naganny, ale koniecznie trzeba przypomnieć ten dotyczący wolności wyborów, czyli największej zbrodni na demokracji. Do takiego właśnie mordu PiS szykował się w 2020 r. W roku wyborów prezydenckich, nie ogłaszając – mimo paraliżującej kraj pandemii – stanu nadzwyczajnego, bo ten skutkowałby przełożeniem głosowania. Pisowskie władze ubezwłasnowolniły Państwową Komisję Wyborczą i parły do przeprowadzenia wyborów korespondencyjnie przez Pocztę Polską, firmę całkowicie podlegającą politykowi PiS. Rzecz jasna rażąco łamało to konstytucyjne gwarancje wolności i uczciwości wyborów.

Duda, zamiast zablokować bezprawie – co było jego świętym obowiązkiem – sprzyjał mu, na użytek opinii publicznej obłudnie czyniąc gesty Piłata. Wiedział, że im później odbędzie się elekcja, tym gorzej dla niego, bo skutki pandemii pogorszą nastroje. Na szczęście kopertowy przekręt udało się zablokować opozycji wspartej przez Jarosława Gowina i część jego posłów.

Stronniczości nie ukrywał

Równie beznadziejnie jak misję strażnika konstytucji Duda realizował drugą ważną powinność – arbitra stojącego ponad politycznymi podziałami, który zgodnie z interesem państwa tonuje partyjne spory. Nawet nie ukrywał swojej stronniczości, oświadczając, i to w najmniej fortunnym momencie, bo w jednoczącą rodaków rocznicę Konstytucji 3 maja: „Nie da się być prezydentem wszystkich Polaków, bo nigdy nie będzie tak, że wszyscy Polacy na pana zagłosują”. Tym wyznaniem, mylącym misję prezydenta z rolą partyjnego kacyka, sprzeniewierzył się całej tradycji, także Lecha Kaczyńskiego, nakazującej głowie państwa reprezentować wszystkich obywateli, a nie tylko własnych wyborców.

Jego poprzednicy, jak każdy obywatel, posiadali swoje poglądy i sympatie, ale z szacunku dla pełnionego urzędu starannie unikali opowiadania się po jednej stronie politycznych sporów, w tym obozu, z którego się wywodzili. Nie ujawniali np., jak głosują w wyborach parlamentarnych czy samorządowych, i apelowali jedynie o udział w głosowaniu.

Duda zachowywał się skrajnie inaczej. Przez 10 lat urzędowania w dzielących kraj sporach niezmiennie stał po stronie PiS. Co więcej, w wielu starciach walczył w pierwszej linii, ostrością wypowiedzi przebijając niejednego partyjnego radykała. Jak bardzo był stronniczy, najlepiej widać w stosowaniu prawa łaski. Zainaugurował urzędowanie ułaskawieniem wiceprezesa PiS Mariusza Kamińskiego, skazanego przez sąd I instancji za łamanie prawa w tzw. aferze gruntowej. Zszokował tym prawników, bo było to pierwsze w historii ułaskawienie osoby, wobec której nie zapadł prawomocny wyrok, a więc w świetle prawa niewinnej. Fatalnie zaczął, ale jeszcze gorzej skończył, kiedy ułaskawił Roberta Bąkiewicza, politycznego awanturnika w służbie PiS, skazanego za uliczną przemoc wobec aktywistki demonstrującej w czasie strajku kobiet w 2020 r.

Opozycję, z którą o poprawne relacje dbali jego poprzednicy, Duda traktował brutalnie. Kiedy całą Polskę przerażała pandemia, on, mówiąc o PO i PSL, wypalił: „byli gorszym wirusem niż koronawirus”. Szkodził rywalom PiS, jak tylko potrafił, zupełnie tego nie maskując. Kiedy partie demokratycznej koalicji wygrały 15 października 2023 r. wybory i tylko one mogły utworzyć rząd, udawał, że tego nie rozumie. Choć PiS był w Sejmie w mniejszości, jego nominatowi powierzył formowanie gabinetu, pozwalając kolegom jeszcze przez dwa miesiące pasożytować na władzy kosztem miliardów złotych.

Jak bardzo sprzeniewierzał się prezydenckiej misji mandatariusza wszystkich obywateli, świadczył też fakt, że część rodaków wręcz odzierał z godności. Chcąc przypodobać się radykalnej prawicy, o osobach innej orientacji seksualnej mówił: „LGBT to nie ludzie, lecz ideologia bardziej niszcząca człowieka niż komunistyczna”. Cynicznie deptał art. 30 konstytucji gwarantujący, że „przyrodzona i niezbywalna godność człowieka jest nienaruszalna”.

Za gorliwość w służbie Kaczyńskiego i PiS zwolennicy tej partii odpłacali mu uznaniem i wyborczym poparciem, któremu zawdzięczał drugą kadencję. Za to pozostała połowa Polaków, przywiązana do niszczonej demokracji i praworządności oraz oburzona zawłaszczaniem kraju przez pazernych notabli, Dudą pogardzała, pamiętając, jak rażąco inni byli jego poprzednicy z prezydenckiego panteonu.

W czarnym wizerunku, który Duda sam sobie przez 10 lat nakreślił, abdykując de facto na rzecz lidera PiS z prezydenckiej misji, dwa aspekty urzędowania miały jaśniejsze barwy. Chodzi o politykę zagraniczną, za którą był konstytucyjnie współodpowiedzialny, i o rolę zwierzchnika Sił Zbrojnych.

W ramach tych obowiązków na początku kadencji próbował zablokować powołanie Antoniego Macierewicza na ministra obrony, trafnie uważając, że to fatalna decyzja. Kaczyński pozostał jednak nieugięty, więc Duda, jak zwykle, położył uszy po sobie. Chwalił się potem zdymisjonowaniem Macierewicza, choć senior z Nowogrodzkiej podjął tę decyzję pod presją Waszyngtonu.

Bardziej dbał o relacje z nim nowy szef MON Mariusz Błaszczak, który też nie dopuszczał go do wojska, ale zaspokajał jego próżność, pozwalając na chełpienie się udziałem w sztabowych naradach i paradowanie w polowej kurtce na poligonach.

W polityce zagranicznej Duda sprawdził się, mocno wspierając Ukrainę broniącą się przed rosyjską agresją. Mniejsza z tym, że nie da się rozdzielić, ile w tym było jego zasługi, a ile polityki prowadzonej przez rząd. Liczy się fakt, że dzięki ogromnej polskiej pomocy, zwłaszcza w pierwszej fazie wojny, Ukraina wytrwała i doczekała wsparcia Zachodu. W tym kontekście na plan dalszy schodzą wybryki, których i w polityce zagranicznej nie brakowało, takie jak dezawuowanie Unii Europejskiej jako „jakiejś wyimaginowanej wspólnoty, z której dla nas niewiele wynika”.

Eksperyment dobiegł końca

Prezydencki bilans Dudy nie pozostawia wątpliwości, że eksperyment polegający na uczynieniu głową państwa polityka małego kalibru okazał się niewypałem. Duda nie rozwinął prezydenckich skrzydeł. Nie przeistoczył się w męża stanu o formacie godnym tego stanowiska. Mówiąc językiem jednego z bohaterów popularnego „Rancza”, nie dorósł, tylko się zestarzał. Tak jak w chwili zgłoszenia do prezydenckiego wyścigu, przez 10 lat prezydentury pozostał marionetką w rękach Kaczyńskiego.

Dobrze, że ten nieudany i bardzo szkodzący państwu eksperyment dobiegł końca. Obyśmy tylko w nowej prezydenckiej odsłonie nie wpadli z deszczu pod rynnę!

Źródło tekstu i ilustracji: https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/2309367,1,andrzej-duda-czyli-krolik-na-tronie-zegnamy-prezydenta-ktory-nigdy-nie-dorosl-do-tej-funkcji.read?src=mt

Copy link
WhatsApp
Facebook
Nextdoor
Email
X