Mise à jour sur la pétitionPolonia chce normalnych wyborów prezydenckich!!!Kampania 2025 start!
Jan TymowskiBrussels, Belgique
9 déc. 2024

Kandydatów jest już oczywiście więcej niż dwóch (i zapewne będzie też co najmniej jedna kandydatka), ale warto podkreślić czym się różnią ci dwaj:

"Wybór między Rafałem Trzaskowskim a Karolem Nawrockim jest wyjątkowo klarowny. Reprezentują zupełnie odmienne wizje ustroju państwa, społeczeństwa, praworządności, europejskości, historii. Ale w kampanii te różnice będą intensywnie rozmywane.

Od kiedy jest już dwóch głównych kandydatów do prezydentury (przyjmijmy roboczo, że podmianek już nie będzie, zresztą nie miałyby znaczenia dla istoty sprawy), zaczyna się szacowanie szans i ustalanie terminologii. Jest zatem doktor Nawrocki i Rafał Trzaskowski (choć też ma doktorat), Nawrocki to „kandydat obywatelski i bezpartyjny”, Trzaskowski zaś to „nominat Tuska”. Niby nikt nie wierzy w opowieści PiS o „obywatelskim kandydacie”, ale język żyje własnym życiem, a cudzysłowu w mowie nie widać. Niezależność kandydata PiS została zresztą zabawnie zweryfikowana na antenie TV Republika, kiedy wystąpiła tam posłanka PiS Joanna Lichocka. Zarzuciła tej stacji, że zbiera pieniądze dla siebie zamiast na kampanię Nawrockiego. Prowadzący odciął się, mówiąc, że mogą robić, co chcą, a potem Tomasz Sakiewicz ostro wyraził się o Nowogrodzkiej. Z okazji skorzystała konkurencyjna stacja braci Karnowskich, której pracownik Marcin Wikło napisał na X: „Mimo sabotażu telewizji Republika mieniącej się patriotyczną i po próbie spalenia kandydata, który jest na miejscu tego, kogo oni chcieli poprzeć, dr Nawrocki jest już w programie »Polska wybiera« w tv »WPolsce 24«”. Może być wesoło.

Szefem sztabu Nawrockiego został Paweł Szefernaker, poseł PiS. W sztabie i w komitecie poparcia kandydata roi się od polityków PiS i osób związanych z tą partią. Jaśniej się nie da, ale komedia trwa. Na tej fali mówi się też, że PiS wskazał jako swojego reprezentanta człowieka, który zarazem „nie jest obciążony ośmioma latami rządów PiS”, choć Nawrocki, przyjmując tę rolę, wziął na siebie całą odpowiedzialność za rządy PiS, staje się ich twarzą, nawet w uznaniu „zamachu smoleńskiego” i działań Macierewicza. Zresztą dla twardych i lepiej zorientowanych jest powtarzana wersja betonowa: „to walka trzeciego pokolenia UB/SB z trzecim pokoleniem AK”.

Superprzeciętniak

Komunikat o „czystej karcie” pretendenta PiS na pewno będzie lansowany i podkreślany jako atut. Wątki do dyskusji podał już Norbert Maliszewski, były szef Rządowego Centrum Analiz w rządzie Morawieckiego, pisząc na X: „Ciekawe jest pole bitewne osobowościowe. Karol Nawrocki jako »superprzeciętniak«, czyli osoba bliska ludziom, pracowita, prosty chłopak z Gdańska, ale ambitna, zdeterminowana, która osiągnęła sukces, tzw. self made man (porównuje się go nie do Trumpa, którym miał być Czarnek, ale do J.D. Vance’a, także do postaci Rocky’ego – red.), będzie się ścierać z przedstawicielem elit warszawskich”.

To trop życzliwie podsunięty do wykorzystania przez niepisowskich dziennikarzy i na pewno zostanie podjęty: warszawski panicz kontra chłopak z podwórka (i z siłowni), wrażliwy bokser i patriota z Polską w sercu. Dziennikarze uwielbiają takie historie, wkrótce trudno będzie Nawrockiego tknąć, aby nie obrazić tzw. prowincji i „zwykłych ludzi”. Już teraz lewicowi publicyści piszą o „pogardzie”, jaka spotyka Nawrockiego, a pisarz Szczepan Twardoch pisze o „jaśniepaństwie”, które drwi z boksu i nieładnej angielszczyzny Nawrockiego, ponieważ „niczego się nie nauczyli, nic nie zrozumieli, czyli jak zawsze w uśmiechniętej Polsce”. To stała melodia: nie wolno walczyć z PiS, bo wygra PiS.

Symetryzujące grupy już nie mogły się doczekać kandydata partii Kaczyńskiego, choć większym aplauzem przyjęto by Witolda Bańkę, Kacpra Płażyńskiego czy Marka Magierowskiego, nawet jako wprost kandydatów PiS. Ale i Nawrocki zostanie niebawem oswojony i jeśli nie będzie zupełnie nieudolny, zacznie być „ciekawą propozycją”, jak kiedyś Andrzej Duda. To zabawne zresztą, że teraz „być jak Andrzej Duda” staje się niedościgłym wzorem i wyzwaniem dla Nawrockiego.

Nie ma na kogo głosować

Zaczyna się też rutynowe narzekanie, że nie będzie na kogo głosować, o osieroconych wyborcach, o polaryzacji, wojnie polsko-polskiej. Ciekawym przykładem podobnego myślenia był tekst Michała Szułdrzyńskiego w „Rzeczpospolitej”, gdzie dowodził, że Trzaskowski i Nawrocki to awatary Tuska i Kaczyńskiego, które pokazują kierunki, w jakie skręciły obie główne polskie partie. Że Platforma skręciła w lewo, stąd Trzaskowski, a PiS w stronę narodową, endecką, konfederacką, ma to być „tożsamościowy radykalizm”, stąd Nawrocki. Szułdrzyński słusznie identyfikuje Nawrockiego jako zakamuflowanego na potrzeby kampanii narodowo-katolickiego radykała, tyle że zarazem Trzaskowskiego sytuuje po drugiej stronie tego radykalizmu, jako skrajnego w istocie lewicowca. Kończy tekst smutnym stwierdzeniem: „W efekcie w drugiej turze umiarkowane centrum czy umiarkowany konserwatyzm pozostaną całkowicie bezdomne”.

Widać tu koleiny, które już kilka razy doprowadziły PiS do zwycięstwa, czyli zrównywanie propozycji dwóch głównych ugrupowań. W zestawieniu Trzaskowskiego i Nawrockiego liczy się dla Szułdrzyńskiego głównie warstwa kulturowa, przy czym skrajność Trzaskowskiego, jak można rozumieć, polega na tym, że podpisze ustawy liberalizujące aborcję i legalizujące związki partnerskie. Lewicowość Trzaskowskiego mieści się bez trudu w chadeckim europejskim mainstreamie, do takich rozwiązań skłaniał się także Sikorski w prawyborach, który ma być tym bardziej konserwatywnym.

Chodzi o to, że naczelny „Rzeczpospolitej” w zestawieniu Trzaskowskiego z Nawrockim zupełnie pominął aspekt ustrojowy, czyli za jakim kształtem państwa, sądownictwa, trybunałów, mediów, instytucji kontrolnych opowiadają się obaj kandydaci. To oczywiste, że Nawrocki będzie bronił dorobku Kaczyńskiego i Ziobry, bo PiS mu opłaca kampanię. Ale tego wątku u autora „Rz” zabrakło, choć kwestia praworządności i łamanie przez PiS jej reguł zdawały się być w tej gazecie przez ostatnie lata przedmiotem dużej troski. Pojawiło się za to ostrzeżenie, że nie będzie dobrego wyboru, tylko polityczna bezdomność w drugiej turze. To istotny sygnał dla kandydata Platformy, jak może wyglądać ważny nurt w mediach, który Szułdrzyński i tak wyraża dość oględnie, a słowami kluczami będzie właśnie osamotnione „umiarkowane centrum”, „lekko konserwatywny środek”, oczywiście zawsze „normalsi”, „elektorat aspiracyjny”.

Środek politycznej sceny

Legenda o lekko konserwatywnym centrum, z którym identyfikuje się w zasadzie większość Polaków, trwa od dekad, tylko nie może się dotąd politycznie wykluć. W przeszłości działało wiele ugrupowań, które miały być cywilizowaną centroprawicą, takie jak np. Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe czy Partia Chrześcijańskich Demokratów (kto je dzisiaj pamięta?) i inne zabytki, które miały swoich polityków i życzliwych publicystów, ale nie miały wyborców. Nigdy ta opcja nie odgrywała większej samodzielnej roli, ukrywała się w koalicjach, pozostając tylko nieustannym marzeniem o porządnej, europejskiej, niepisowskiej prawicy. Takiej prawicy nie ma i raczej nie będzie, a Konfederacja jest karykaturą partii Kaczyńskiego dla młodzieży. Gdyby ten słynny umiarkowany środek był aż tak istotny wyborczo, w końcu wygenerowałby jakąś znaczącą siłę polityczną, a i Tusk nieprzypadkowo skręcił nieco w stronę socjaldemokracji, ponieważ na chadeckość nie było większego zbytu.

Trzaskowski będzie się ścierał w kampanii nie tylko z Nawrockim, ale również z opowieścią o osamotnionym środku politycznej sceny, który czeka na swojego kandydata, bo żaden z tych, którzy się zgłosili, nie spełnia wysokich oczekiwań „lekkich konserwatystów”. Z drugiej strony temu „lewicowemu kandydatowi” będzie zagrażać lewica, zwłaszcza ta z kręgu partii Razem, która nie ma samodzielnego znaczenia politycznego, ale za to duże medialne wpływy. Kiedy jedna z działaczek Lewicy, która pozostaje w koalicji 15 października, pogratulowała Trzaskowskiemu zwycięstwa w prawyborach, została postawiona do pionu nie tylko przez „socjalistów”, ale także dużą grupę „progresywnych” dziennikarzy.

Kandydat KO może zatem, jak dzisiaj to widać, liczyć w drugiej turze na część lewicowego elektoratu, który już teraz mu sprzyja. Czy zagłosują na niego masowo wyborcy Polski 2050, nie wiadomo. W 2020 r. zrobiła to mniej więcej połowa elektoratu Hołowni, a ostatnie wypowiedzi marszałka Sejmu sugerują, że z przeniesieniem poparcia w drugiej turze może być różnie. Nawrocki zaś z powodu „lewicowości” Trzaskowskiego będzie przedstawiany jako reprezentant „centroprawicy”, w sam raz dla PSL, Centrum dla Polski (partia Ireneusza Rasia, niegdyś w Platformie) czy Unii Europejskich Demokratów (to Michał Kamiński), a więc ugrupowań, które są spadkobiercami wspomnianej dawnej „cywilizowanej prawicy”, a zamieszkały przy ludowcach, bo same nie mają szans na nic. Ci, których męczy „polaryzacyjny” dwubiegunowy podział politycznej sceny, których mierzi „wojna polsko-polska”, powinni zadać sobie pytanie, dlaczego tak się stało? Z jakiego powodu nie uzyskały samodzielnego znaczenia inne łagodne, centrowe partie, skoro ten mityczny „środek” tak ich podobno wyczekuje?

Mowa ciała, wzrost i żony

Dzisiejszy kształt polskiej sceny politycznej nie został narzucony z zewnątrz, ale wynika ze swobodnej decyzji wyborców. Niezgoda na fakt, że od 20 lat dwie duże siły obsługują dwie wizje państwowego porządku w Polsce, jest przejawem naiwności, która dotyka nawet doświadczonych obserwatorów polityki. Mimo wszelkich zaburzeń, afer, niespodziewanych okoliczności, cofek i kuriozów jest tak, że po jednej stronie jest liberalno-demokratyczny ustrój, zakorzeniony w zachodnioeuropejskich standardach, a po drugiej wschodnia „suwerenna demokracja”, nieuznająca niezależnej obywatelskiej kontroli. Zwłaszcza ostatnia dekada dała wystarczająco wiele dowodów na taki wyraźny podział. Świadomość tego podziału będzie mieć kluczowe znaczenie dla drugiej tury wyborów prezydenckich, a tylko o nią już teraz chodzi. Wszelkie rozmywanie tego zasadniczego konfliktu, mówienie o „osamotnionym środku”, o tym że nie ma na kogo głosować, że nie będzie wspierania „mniejszego zła”, oznacza, iż nie wyróżnia się preferowanego przez siebie ustroju, że w sumie wszystko jedno.

Oczywiście w tej kampanii zdarzy się ten cały cyrk z porównywaniem eventów, przemówień, mowy ciała, żon, rodzin, pochodzenia, wyglądu i wzrostu kandydatów, choć nie ma to żadnego znaczenia. W warunkach takiego spektaklu dwukrotnie wygrał Andrzej Duda. Odbędzie się też porównywanie „programów kandydatów”, mimo że w polskich realiach praktycznie nie istnieje coś takiego jak program prezydenta. Co prawda ma on inicjatywę ustawodawczą, ale jej powodzenie zależy tylko od parlamentarnej większości. Politykę zagraniczną i obronną musi uzgadniać z rządem. Naprawdę liczy się jedno: jakie ustawy prezydent podpisze, a jakich nie, to jego największa władza, bo najczęściej Sejm nie jest w stanie weta odrzucić. Polityczny „środek” będzie musiał zadać sobie pytanie, czy woli porządek zaprowadzony przez PiS, czy sprzątanie po nim? Można oczywiście się obrazić, nie głosować, uznać, że nie będzie się brało udziału w tej 20-letniej wojnie polsko-polskiej, ale innej nieprzypadkowo nie ma.

Dwa światy w drugiej turze

Nawrocki i Trzaskowski reprezentują dwa różne światy, w drugiej turze, która zaczęła się rozstrzygać już teraz, nie będzie półcieni. Od tego, na ile wyraziście kandydat KO przedstawi wagę tego wyboru, będzie zależało rozstrzygnięcie końcowego pojedynku. Druga strona – przy pomocy części lewicy, umiarkowanych konserwatystów, rozczarowanych zwolenników Hołowni, ludzi myślących jak Marek Sawicki z PSL, który już zadeklarował, że nie zagłosuje na Trzaskowskiego – będzie tłoczyć swoje przekazy o zakończeniu polskiej wojny, choćby kamień na kamieniu nie miał pozostać. Bez zważania na ich sens i wiarygodność. Nawrocki, tak jak kiedyś katolicki fundamentalista Andrzej Duda, może się spodobać wyborcom ze środowiska LGBT, a jako były bokser – sportowcom i kibicom. Niewykluczone, że frustrację wyrażą młodzi, którzy „nic nie dostali”, także kobiety, które zostaną w domu z braku regulacji aborcyjnych. Trzaskowskiemu zagraża postawa głosząca, że „PiS niczego nie załatwił, bo wiadomo, jaki jest PiS, ale Platforma mówiła, że załatwi, i się nie wywiązała” – to często słychać. Dlatego spotka ją kara. Teza, że jednak przy rządach niepisowskich jest większe prawdopodobieństwo uchwalenia prokobiecych ustaw niż przy władzy katolickiej prawicy, nie jest powszechnie przyjmowana.

Jeśli przy tak klarownej sytuacji politycznej Nawrocki wygrałby wybory, oznaczałoby to koniec epoki ustrojowej walki z PiS. Bo to nie Nawrocki by zwyciężył, ale Kaczyński, z całym swoim pomysłem na państwo. Jakiekolwiek inne motywacje głosowania na Nawrockiego niż świadome przywrócenie państwa PiS można traktować jako niepoważne. W zasadzie podobnie jest z absencją: niewzięcie udziału w drugiej turze (to przypadek Magdaleny Biejat w wyborach w 2015 r.) byłoby zielonym światłem dla prawicy.

Narzekanie, że końcowy wybór jest tylko w ramach PO-PiS, i że jak tak, to nie ma na kogo głosować, zawsze sprzyjało ugrupowaniu Kaczyńskiego. Wyborcom tej partii nie będzie przeszkadzać „niesłuszność” tego podziału, oni nie będą „osamotnieni” i po prostu zagłosują na Nawrockiego, wiedząc, czując, o co toczy się gra. Lapidarnie ujęła to użytkowniczka X Sybi, pisząc: „pisowski elektorat zagłosuje choćby na kawałek drewna, byle by był wystawiony przez PiS (…). A my? No cóż. Podzieleni, zmęczeni. Wybrzydzający”. Tradycyjne marudzenie skupi się na Trzaskowskim, że za bardzo lewicowy albo liberalny, platformiany, elitarny, antykościelny, wielkomiejski, odklejony, sterowany itd. Nawrocki będzie za to bardziej „autentyczny”, „ludowy”, porównywany do Dudy (jako komplement), wątpliwości będą tłumaczone na jego korzyść.

Dlatego walka w ramach PO-PiS będzie zacięta, a wynik niepewny. Świadczy o tym pośrednio choćby niedawny sondaż, w którym 47 proc. respondentów oceniło prezydenturę Dudy dobrze, 45 proc. – źle, a reszta nie wie: to mocne ostrzeżenie, jak niespójne potrafią być polityczne poglądy i oceny. Zwłaszcza że przegrana Trzaskowskiego sprawiłaby wiele radości nie tylko pisowskiej prawicy, ale też wielu środowiskom teoretycznie od Kaczyńskiego odległym – będzie musiał pokonać ich wszystkich. Radosław Sikorski miał rację, kiedy mówił, że nie ma mowy o dogrywce wyborów z 2020 r. – to zupełnie nowa gra. Wymagająca znacznie większego wysiłku niż wtedy."

Źródło tekstu i ilustracji: https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/2280463,1,trzaskowski-i-nawrocki-czyli-panicz-i-bokser-zaczela-sie-nowa-zacieta-gra-wynik-nie-jest-pewny

Dodatkowo na ewentualność takiej drugiej tury: https://oko.press/trzaskowski-mysli-o-drugiej-turze-wyborow

Soutenir maintenant
Signez cette pétition
Copier le lien
Facebook
WhatsApp
X
E-mail