
Krajobraz po bitwie o KPO. Błąd Ursuli von der Leyen
Akceptując Krajowy Plan Odbudowy przed spełnieniem warunków dotyczących praworządności, Bruksela uległa manipulacjom władzy PiS i zostawiła bez wsparcia obrońców polskiej demokracji, takich jak Andrzej Chyra.
W ostatni poniedziałek na uroczystości wręczenia Polskich Orłów przez Polską Akademię Filmową twórcy nie stronili od nawiązań do bieżącej rzeczywistości społecznej i politycznej. Wielokrotnie podkreślali „Sława Ukrainie", przypominali o losie uchodźców, ale także o tragicznej sytuacji na granicy polsko-białoruskiej. Jednak szczególnie mocno wybrzmiał głos Andrzeja Chyry.
Podkreślił, że to życie pisze dzisiaj scenariusze i dzieją się one w Polsce. Nie możemy koncentrować się tylko na sprawach zagranicznych, a nie dostrzegać zagrożeń dla demokracji, które widzimy tu i teraz, także w filmie Kacpra Lisowskiego „Sędziowie pod presją". Wspomniał o tym, że za rok są wybory parlamentarne i nie można do tego czasu pozostawiać w uśpieniu. Na koniec podkreślił, że należy wykonać wyroki TSUE, a rząd naraża nas na śmieszność. Jego słowa – pewnie w sposób niezamierzony – współgrały z fragmentem filmu „Żeby nie było śladów" (reż. Jan P. Matuszyński), w którym gen. Kiszczak tłumaczy podwładnemu prokuratorowi, że ma się nie przejmować „pierd… praworządnością".
Andrzej Chyra nie pierwszy raz zabrał głos publicznie w obronie wolnych sądów i praworządności. Pamiętam, że rok temu – kiedy mało kto wierzył w sukces Tour de Konstytucja – okazał bezwarunkowe wsparcie tej inicjatywie, zanim jeszcze wystartowała, a później jeździł po Polsce, towarzyszył załodze Tour de Busa, zaprzyjaźnił się z Igorem Tuleyą i Pawłem Juszczyszynem, rozmawiał z ludźmi. Rok temu występował także na deskach Teatru Polskiego w Szczecinie i grał postać zapomnianego robotnika-dysydenta Edmunda Bałuki, który prowadził działalność opozycyjną od początku lat 70.
Andrzej Chyra trafia w czułą nutę. Jesteśmy poobijani ciągłymi sporami o praworządność. Wiele osób niewiele z tego rozumie. Władza wykorzystuje najmniejszy błąd, aby bić w niezależne sądy i sędziów, a jednocześnie nie zatrzymuje się. Tak oczywiste afery jak afera hejterska są nierozliczane, prominentni sędziowie związani z obozem ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry awansują w strukturach sądownictwa, rzecznicy dyscyplinarni prowadzą krucjatę przeciwko niezależnym sędziom i zastraszają całe środowisko, a dyskusje z Komisją Europejską sprowadzane są do żenującego targu. Opozycja jest zapędzana w kozi róg, ze względu na ciągłą presję polityczną i finansową: „No jak to, nie chcecie, aby Polska dostała fundusze z KPO. Jesteście przeciwko interesom polskiego społeczeństwa i przedsiębiorców. Przecież mamy kryzys i pieniędzy tych potrzebujemy!".
Przyjazd Ursuli von der Leyen do Polski i podpisanie KPO były błędem
W tej właśnie atmosferze przebiegła wizyta Ursuli von der Leyen w Warszawie na początku miesiąca. Presja władzy na Komisję Europejską się udała. Pytanie, czy nie odbywało się to przy milczącej aprobacie głównego sojusznika, czyli USA. Krajowy Plan Obudowy został podpisany. Dzień przed wizytą – na zasadzie malowania trawników – senatorowie PiS głosowali razem z opozycją nad przyjęciem poprawek do ustawy o likwidacji Izby Dyscyplinarnej. Jednak Sejm w czwartek najważniejsze poprawki uchwalone z inicjatywy opozycji odrzucił. Słowem – władza wymyśla kolejny sposób, jak pieniądze ściągnąć do Polski, a nie poczynić ani kroku w kierunku naprawy praworządności.
Uważam, że przyjazd Ursuli von der Leyen do Polski i podpisanie KPO były błędem. Zostało to zresztą wytknięte pani przewodniczącej przez niektórych komisarzy unijnych, w tym Fransa Timmermansa i Verę Jourovą. Nie wierzę w zapewnienia, że to tylko podpisanie jednego dokumentu, a pieniądze będą wypłacane po wdrożeniu konkretnych „kamieni milowych". Być może w końcu jakaś ustawa o Izbie Dyscyplinarnej zostanie przyjęta, ale przecież władza nie po to ma kontrolę nad Trybunałem Konstytucyjnym, aby potem nie móc odwrócić biegu spraw. Być może zawieszeni sędziowie otrzymają mechanizm pozwalający im na powrót do orzekania, ale i na to min. Ziobro oraz jego usłużni sędziowie znajdą sposób. Skierowanie sędziego Juszczyszyna do wydziału rodzinnego jest tego przykładem. Słowem – warunki postawione jako „kamienie milowe" będą wypełniane pozornie. Tymczasem nikt w Brukseli nie będzie czekał na to, czy rzeczywiście Igor Tuleya i jego koledzy w pełni ich godności zawodowej zaczną znowu orzekać. Istnieje duże ryzyko, że sędziowie zostaną poświęceni na ołtarzu polityki.
Nie tylko "kamienie milowe" - problemów jest więcej
Warto także pamiętać, że nawet te osławione „kamienie milowe" to i tak tylko część polskich problemów z praworządnością. Tryb powoływania Krajowej Rady Sądownictwa jest w sposób oczywisty sprzeczny z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, co jest wytykane w kolejnych orzeczeniach. Do braku niezależności Trybunału Konstytucyjnego już wszyscy się przyzwyczaili, a nowy RPO uznał, że nawet samemu TK nie warto przypominać o tym, że orzeka czasami w nieprawidłowych składach. Kolejne sprawy o politycznym charakterze są umarzane przez prokuraturę. Działalność senackiej komisji ds. inwigilacji i wykorzystania Pegasusa została skutecznie przykryta przez wojenną narrację władzy. Prezes Najwyższej Izby Kontroli także ograniczył ostatnio swoją aktywność kontrolną w stosunku do rządu. Jakoś nie widać, aby konsekwentnie dopominał się o rzeczywiste wyjaśnienie nadużyć związanych z Funduszem Sprawiedliwości czy przypominał o innych machlojkach władzy.
Na konferencji w Suwałkach spytałem niedawno przedstawiciela Komisji Europejskiej, czy przedmiotem negocjacji z polskim rządem było przystąpienie do Prokuratury Europejskiej. Dzięki temu istniałaby szansa na większą kontrolę nad wydatkowaniem środków unijnych. Uzyskałem odpowiedź, że nie było na to szans, bo rząd i tak by się nie zgodził. Słowem – przekazujemy pieniądze i nie dbamy nawet o to, czy są mechanizmy kontrolne ich wydatkowania.
Komisja Europejska odpuszcza PiS-owi
W tej właśnie atmosferze wkraczamy w rok przedwyborczy. Komisja stopniowo rezygnuje z instrumentów nacisku i dbałości o demokratyczny wymiar rządów w Polsce, a pośrednio może się przyczynić do umacniania starań o kolejną kadencję dla Zjednoczonej Prawicy. Wolne media mają coraz mniejszą przestrzeń do działania.
My natomiast się przyzwyczajamy, zamykamy w swoich enklawach, korzystamy z resztek wolności, także czasami służąc dobrej sprawie. Krzyczymy: „Sława Ukrainie!", a jednocześnie poprzez milczenie i przyzwolenie pozwalamy na dalsze budowanie autorytarnego systemu rządów w naszym państwie. Tak jakby Ukrainie zależało na przystąpieniu do UE, która będzie się składała właśnie z karykatur demokracji.
Bo jeśli wybory w 2023 r. wygra Zjednoczona Prawica, to dokończy cementowanie systemu politycznego w Polsce na wzór Węgier. Nie miejmy wątpliwości, że w dążeniu do zwycięstwa władza wykorzysta wszystkie dostępne mechanizmy: finansowe, medialne, inwigilacyjne i związane z przemocą aparatu państwa.
Co wtedy powie Ursula von der Leyen? Że zabrakło jej wyobraźni? To nie będzie usprawiedliwienie, bo zbyt wiele osób i instytucji ostrzegało. Jeśli wartości europejskie zapisane w art. 2 traktatu o Unii Europejskiej mają coś znaczyć, to trzeba o nie każdego dnia dbać i walczyć. Także jeśli oznacza to koszt polityczny. Inaczej cała integracja europejska nie ma sensu, a Putin będzie święcić triumfy w skutecznym rozmontowywaniu najważniejszej inicjatywy politycznej i pokojowej XX wieku.
Źródło (rówież zdjęcia): https://wyborcza.pl/7,75968,28563232,blad-ursuli-von-der-leyen.html#S.8-K.C-P.1-B.4-L.3.zw
Dr hab. Adam Bodnar, prof. Uniwersytetu SWPS, był rzecznikiem praw obywatelskich VII kadencji (wrzesień 2015 – lipiec 2021).
Dodatkowo: https://oko.press/parlament-europejski-rezolucja-kpo/