
Może Kaczyński się wyżywi, ale Polska przez konflikt z Unią Europejską może stracić ponad 100 mld euro. Polityka rządzących to działanie na szkodę kraju - mówi Janusz Lewandowski, europoseł PO.
Arkadiusz Gruszczyński (AG): Uporządkujmy fakty dotyczące pieniędzy z Unii Europejskiej. Które środki możemy stracić?
Janusz Lewandowski (JL): Unijne fundusze, tak bardzo nam potrzebne, są naprawdę zagrożone. Mowa o dwóch wieloletnich programach. Pierwszy z nich to „awaryjny" Krajowy Plan Odbudowy, który ma pomóc w odbudowie do 2026 roku Europy po pandemii, a także wesprzeć gospodarkę w trakcie wojny Rosji z Ukrainą. Krajowe plany odbudowy są obwarowane licznymi warunkami, w przypadku Polski jest to 37 tzw. kamieni milowych, których spełnienie uruchamia fundusze. To pieniądze pożądane przez samorządy, bo nie wymagają współfinansowania ze środków własnych, co jest kluczowe dla zadłużonych miast i miasteczek. Trzeba podkreślić, że KPO nie jest zasługą rządu Mateusza Morawieckiego, tylko duetu Macron i Merkel, który przesądził o zapożyczeniu się na gigantyczną kwotę 750 mld euro na rynkach finansowych, by pomóc krajom dotkniętym skutkami społeczno-gospodarczymi pandemii. Polska miałaby otrzymać 24 mld w grantach, ale Hiszpania czy Włochy aż 69 mld euro, więcej od nas ma nawet bogata Francja.
AG: A drugi program?
JL: Są to Wieloletnie Ramy Finansowe, realizowane w Unii od lat 80. Na okres 2021-27 polska koperta, w obecnych cenach, wynosi 107 mld euro, w tym 75 mld euro funduszy strukturalnych. Pomimo podpisania umowy partnerstwa i wynegocjowania czterech programów operacyjnych Polska nie spełnia warunków, które mogłoby uruchomić wypłatę tych pieniędzy.
AG: Jakich warunków nie spełniamy?
JL: Okazało się, że do umowy partnerstwa, którą podpisaliśmy 30 czerwca tego roku, wbudowano, tak jak i dla wszystkich innych krajów, tzw. warunki podstawowe, związane z Kartą Praw Podstawowych. To kodeks unijnych wartości stanowiący część traktatu z Lizbony. Polska sama przyznała, że nie spełnia „warunków podstawowych" zapewniających przejrzysty, praworządny proces wdrożenia programów. Nie dostaniemy pieniędzy, dopóki ich nie wypełnimy.
AG: Ani centa?
JL: Możemy otrzymać zaliczki w wysokości 1-1,5 proc. ogólnej sumy na opłacenie administracyjnej obsługi programu. Jak dotąd polskie inwestycje finansowane są ze środków programu na lata 2014-20, który projektowałem, rozliczanego do końca roku 2023. Dodam, że kwota w Wieloletnich Ramach Finansowych 2014-20 jest o 24 mld euro większa niż ta, którą wynegocjował rząd Mateusza Morawieckiego na lata 2021-27.
Licznik kar cyka codziennie
AG: Do tego należy doliczyć kary nałożone na nasz kraj przez instytucje unijne. O jakich kwotach mówimy?
JL: Kary są naliczane, ale Polska ich nie płaci, więc są potrącenia z naszych funduszy strukturalnych – we wrześniu 2022 została zabrana już piąta transza potrąceń. Na szczęście 3 lutego tego roku zaprzestano naliczania kar za Turów, przypomnę, że chodziło o pół miliona euro dziennie, w sumie 68,5 mln euro. Niestety, od 3 listopada 2021 roku bije ciągle licznik za niezrealizowanie orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości w sprawie likwidacji Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym. Łatwo policzyć: po 358 dniach to 358 mln euro! Powiększa to słony rachunek, jaki kraj płaci za konflikt z Brukselą.
AG: Które ze środków z KPO przepadły nam bezpowrotnie?
JL: Nie dostaniemy bezwarunkowej zaliczki w kwocie 4,7 mld euro. Nasz KPO został zatwierdzony w czerwcu 2022 roku, w czym widzę gest polityczny, bez złudzeń co do praworządności, ale w uznaniu niezwykłej gościnności Polaków wobec uchodźców z Ukrainy. Program nie ruszył z powodu wspomnianych już wcześniej kamieni milowych, z których pierwszy, dotyczący praworządności, miał być spełniony do końca czerwca. Czas nagli. 70 proc. z tych pieniędzy musi zostać zakontraktowane do końca 2022 roku. Oprócz bezzwrotnych dotacji są atrakcyjne pożyczki, a trzeba wiedzieć, że Polska wystąpiła o 12 mld euro, czyli trzecią część tego, co nam przysługuje. Krajowe pożyczki są znacznie droższe.
AG: Jaka jest różnica w oprocentowaniu?
JL: Dzisiejsze oprocentowanie krajowych pożyczek przekracza 8 proc., unijne to maksimum 2,5 proc.
AG: Czy są środki, które nie są zagrożone?
JL: Zarówno pieniądze z KPO, jak i te z funduszy spójności moglibyśmy odzyskać już dzisiaj – wystarczy spełnić warunki! A są one tożsame z ochroną wolności obywatelskich przed nadużyciami władzy. W tym tygodniu Unia wysyła nam sygnały ostrzegawcze. Decyzja zależy do rządu, a ściślej – do prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Niestety, deklaruje on, że gotów jest narazić Polskę na miliardowe straty, byle mógł realizować swoją wizję państwa. Nadal są prowadzone inwestycje z poprzedniego rozdania. Działa kilka programów socjalnych, są też drobne pieniądze, które nie zmieniają jednak sytuacji gospodarczej Polski.
Czy zwycięstwo opozycji może uratować Polskę?
AG: Jeśli przyszłoroczne wybory wygra opozycja, to ile z tych pieniędzy jesteśmy w stanie odzyskać?
JL: Będzie to zależało od elastyczności unijnych polityków. Oczywiście dzisiejsza władza, codziennie oczerniając Unię, nie może liczyć na taką elastyczność. Jeśli obecny rząd będzie realizował z budżetu krajowego jakieś inwestycje na konto tego programu, to być może przyszły rząd odzyska zwrot wyłożonych pieniędzy pomimo przekroczenia terminów. Nie ustaje podziw wobec powszechnego otwarcia polskich serc i domów na rzecz uchodźców z Ukrainy.
AG: Rząd odpowiada, że Polska wypełniła zapisy z kamieni milowych i teraz pora na ruch Brukseli. To prawda czy fałsz?
JL: Propagandowy fałsz!
AG: W mediach pojawiła się informacja, że środki z funduszy spójności będą uzależnione od przestrzegania praw mniejszości LGBT. Potwierdza to pan?
JL: Ten warunek dotyczył szczególnie funduszy norweskich, które nie trafiły do „stref wolnych od LGBT". Unijna warunkowość dotyczy szeroko rozumianej praworządności.
AG: Czy oprócz Węgier są inne kraje, które mają tak poważne problemy, jeśli chodzi o unijne pieniądze?
JL: Nie, tylko my i Węgry. Polska była pionierem, jeśli chodzi o uruchomienie procedury z artykułu 7 traktatów, dotyczącego przestrzegania wartości Unii. Ten zapis jednak jest bezzębny, odkąd Polska i Węgry udzieliły sobie wzajemnych gwarancji – potrzebna jest jednomyślność. Natomiast Węgry są pionierem, jeśli chodzi o wdrożenie mechanizmu praworządności w zakresie funduszy spójności, z uwagi na nadużycia w ich wydatkowaniu. Stąd wniosek o zawieszenie 65 proc. ich funduszy spójności, czyli 7,5 mld euro. Tak samo jak w naszym przypadku, nie odblokowano węgierskiego KPO. Węgry się jednak ocknęły i robią wszystko, żeby zawiesić wojenkę z Brukselą, Viktor Orbán jest świadom sytuacji gospodarczej swego kraju. Mają wysoką inflację, mimo stóp procentowych na poziomie 11,75 proc., deficyt rachunków obrotów bieżących, złe pespektywy gospodarcze. Gdy Orbán przeprasza się z Brukselą, politycy Prawa i Sprawiedliwości eskalują zimną wojnę.
AG: „Rzeczpospolita" pisała w zeszły poniedziałek (17 października) o zagrożonych inwestycjach finansowanych ze środków unijnych. Czy to realna wizja?
JL: Jak najbardziej, ponieważ Polska nie ma pieniędzy inwestycyjnych na programy wieloletnie. A pieniądz unijny to pieniądz inwestycyjny, przewidywalny. Musimy opowiadać o utraconych korzyściach, już wkalkulowanych w lokalne plany rozwojowe – jakże potrzebne inwestycje w zieloną transformację, służbę zdrowia, laboratoria szkolne, transport miejski czy gospodarkę cyfrową. Potencjalnie jest to wielka cywilizacyjna strata.
AG: Polska przyjęła strategię, że rząd się wyżywi.
JL: Problem polega na tym, że kraj się nie wyżywi. Polska ma obecnie historycznie niski poziom inwestycji, co jest zaprzeczeniem planu premiera Morawieckiego, który obiecywał 25 proc. relacji inwestycji do PKB. Obecnie ten wskaźnik wynosi 16,6 proc. Nie zajedzie się daleko na samej konsumpcji, a poza tym pieniądz unijny zamieniany na złotówki byłby znakomitą bronią w walce z inflacją. Skoro go nie ma, to inwestorzy dostają jasny sygnał, że w Polsce nie warto lokować pieniędzy.
Wywalić Ziobrę na bruk. Natychmiast
AG: Jeśli zadzwoniłby do pana premier i zapytał o radę, to jaka byłaby pańska odpowiedź?
JL: Żeby natychmiast wyrzucił z rządu Zbigniewa Ziobrę i jeśli nie jest malowanym premierem, wbrew Kaczyńskiemu wypełnił warunki, na które się zgodził. Niestety, wydaje mi się, że antyunijna polityka jest wyborem strategicznym PiS. Konfrontacja z Niemcami, deprecjonowanie Unii, oskarżanie „zgniłego" Zachodu, że zagraża naszym tradycyjnym wartościom – to składa się na spójny obraz. Jarosław Kaczyński próbuje wytłumaczyć Polakom coś niewytłumaczalnego, mianowicie rezygnację z przysługujących nam i jakże potrzebnych pieniędzy. Wpisuje nas w historię polskich wyrzeczeń w imię obrony suwerenności ojczyzny. A ja nazywam to inaczej: to sabotaż gospodarczy. W 1948 zrezygnowaliśmy z planu Marshalla pod presją ZSRR. Dzisiejsza utrata funduszy unijnych to takie samo działanie na szkodę Polek i Polaków!